piątek, 15 czerwca 2007

Pionek III

Pewnie wszyscy myśleli, że podobnie jak Saise zamknąłem bloga. Nic bardziej mylnego - po prostu pracuję nad kilkoma innymi projektami (niektóre związane także z planszówkami), a na pisanie czegoś jakoś zawsze brakuje czasu. Teraz jednak kolejny Pionek za nami, warto byłoby w końcu napisać kilka słów o tej imprezie.

Trzecia edycja jak tradycyjnie odbyła się w MDK w Gliwicach i była tradycyjnie organizowana przez Ignacego Trzewiczka z Wydawnictwa Portal. Pomimo dość średniego terminu zawitało dość dużo osób - ponad 80. Pograć można było w naprawdę imponującą ilość gier, ale kto na nie wszystkie miałby czas. Mnóstwo znajomych, mnóstwo nowo poznanych ludzi i gier - jak zawsze było miodnie. Krótka opinia na temat gier w które zagrałem.

Santy Anno - bardzo przyjemna, lekka gierka. Niestety dostawałem okropne wciry - to jak z Jungle Speedem, trochę trzeba się ograć, aby zacząć zdobywać jakieś punkty z doświadczonymi graczami. Zasady są bardzo proste i można je szybko wytłumaczyć. Gra niezależna językowo, więc idealnie nada się na "przekonywanie" do naszego hobby osób niewtajemniczonych.

Cash'n'Guns - w końcu udało mi się zagrać i powiem szczerze, że gra znacznie bardziej spodobała mi się niż Bang!. Bardzo szybka, dynamiczna i przede wszystkim zaskakująca. Śmiechu jest co niemiara - a o to w takiej grze przecież powinno chodzić. Bang! wydał mi się zbyt ... poważny i rozbudowany (może to przez to, iż grałem wraz z dodatkami). Gra bardzo dobra na imprezę.

Space Dealer - dużo o tej grze słyszałem i koniecznie chciałem w nią zagrać na Pionku. Udało się! Jakie wrażenia? Muszę ją mieć! Zakochałem się w tym tytule praktycznie od razu. Wspaniały klimat, szybka rozgrywka, emocje - jak dla mnie bomba. Szkoda, że nie udało mi się zagrać drugi raz ... ale jak tylko będą pieniądze muszę mieć ten tytuł!

Kragmortha - ostatnie wydawnictwo Galakty. Wesoła gra o goblinach, które starają się ukraść księgi z biblioteki Rigora Mortisa. Myślałem, że to zwykła planszówka. Okazało się jednak iż jest to party-game z krwi i kości. Z dość dużą ilościa elementów, ale zawsze jednak party-game. Wygibasom nie było końca - gra była chyba męczona non stop. Wielu ludziom naprawdę się spodobała. Mi tak średnio - stwierdziłem, że granie "dobrze" nie daje praktycznie żadnej frajdy (no chyba, że się Mortisa na kogoś naśle). Znacznie bardziej podobało mi się podkładanie i robienie różnego rodzaju wygibasów. W każdym razie - raczej nie kupię, ale z pewnością jeszcze kiedyś zagram.

Squad Seven - ten tytuł to kolejny "must have". Gra trochę podobna do Jungle Speed'a - też wykłada się karty. Reszta jest jednak drastycznie różna - biegamy, strzelamy z pistoletu na gumowe przyssawki. Ogólnie - cuda na kiju! W tym momencie jest to mój numer jeden jeśli chodzi o gry party-style. Dziwię się, że nie idzie jej dostać nigdzie w Polsce. Może kiedyś ... A jeśli nie, to będzie trzeba samemu sobie sprowadzić - naprawdę warto.

Set - bardzo prosta gierka wymagająca dużej spostrzegawczości. Nic specjalnego, ale jako przerywnik - jak najbardziej.

Ligretto Fussball - kolejny hit ostatniego Pionka. Gra totalnie zakręcona - dwie drużyny (najlepiej wieloosobowe) + Ligretto Fussbal = tona krzyku i śmiechu. Gra polega na bardzo prostej symulacji meczu. Każda karta ma swoją nazwę zawodnika, oraz kilku zawodników do których możemy podać. Podanie polega na położeniu na kupce karty zawodnika, do którego mogliśmy podać (czyli, który był wypisany na poprzedniej karcie). Kupa śmiechu, kupa zabawy. Najlepiej grać z trenerem, wtedy to już jest kompletny szał :) Polecam, kolejna gra "must have".

W między czasie był jeszcze jakiś Odyseusz, który może i miał dość ciekawą mechanikę, ale mi osobiście w ogóle się nie spodobał.

Na koniec, przed opuszczeniem imprezy udało Portobello Market. Gra wygląda bardzo ładnie - szczególnie plansza jest przepięknie wykonana. Sama gra na pierwszy rzut oka przypomina trochę Ticket to Ride. Później dopiero człowiek się orientuje, że to przecież stragany z nie pociągi. Gra poprawna - niczym mnie jednak nie zachwyciła (prócz ładnej planszy). Szczerze mówiąc cały czas podczas gry miałem uczucie, że już to wszystko gdzieś widziałem. Nie jest to złe, ale brak tam czegoś nowatorskiego. Jakiegoś ciekawego pomysłu, który odróżniłby ten tytuł od innych ... Jeśli ktoś zaprosi mnie do gry to zagram. Kupić jednak, na pewno nie kupię.

Możliwe, że w międzyczasie zagrałem jeszcze w jakieś inne gry. Niestety - więcej ... gier nie pamiętam, za spędzony przy nich czas nie żałuję. Wszystkich natomiast zapraszam do obejrzenia mojej galerii w serwisie Gildia.pl.

Do następnego spotkania - nie koniecznie w Gliwicach .. ale o tym *ciiii* ;)

poniedziałek, 7 maja 2007

Recenzja gry Gildia

Żeby nie było, że przestałem interesować sie grami planszowymi - jakiś czas temu popełniłem recenzję gry Gildia. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał to zapraszam :)

A blog rzadko aktualizowany z kilku powodów - tymi głównymi jak zawsze jest brak czasu na pisanie i granie. A, że nie grałem ostatnio praktycznie w nic nowego - nie mam o czym pisać. Mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości stan ten poprawi się ;)

Pozdrawiam wszystkich, którzy tu jeszcze zaglądają :)

piątek, 16 lutego 2007

AtoMUUUówki - pierwsze wrażenia

Kilka dni temu dotarła do mnie polska wersja gry Unexploded Cow. Dopiero dzisiaj udało mi się zagrać - kilka wrażeń na szybko.

Gra jest bardzo lekka, zasady są banalnie proste - do wytłumaczenia w 3 minuty. Trzeba przy okazji od razu powiedzieć - ta gra to jedna wielka losowość. Praktycznie nic od Ciebie nie zależy - jeśli przyjdą Ci złe karty na rękę, to będziesz mógł tylko patrzeć na bogacenie się innych graczy. Także jest to gra typowo barowa - dość szybka, lekka i nie wymagająca myślenia. Stawia ona głównie na szalony humor, którego notabene jej nie brakuje. Hasła na kartach bywały nieraz kwitowane salwą śmiechu - to dobrze. Pytanie tylko, jak długo będzie cieszyć ten humor. Bo mechanika nie oferuje w zasadzie nic ciekawego i wyróżniającego się ... No, ale zobaczymy - po jednej grze nie można niczego przesądzać. W każdym bądź razie - ja się dobrze bawiłem w czasie naszej pierwszej rozgrywki.

Wykonanie AtoMUUUówek jest całkiem niezłe. Co prawda karty znowu nie mają zaokrąglonych rogów, ale przynajmniej są tak jakby zalaminowane - na pewno przedłuży to ich żywotność. Mogły by być jednak troszkę grubsze, aby nie gięły się tak w ręce. Banknoty zaś to pierwsza klasa. Takie jak powinny być - typowo "monopolowe". Jedyne zastrzeżenie to kolory - przydałoby się trochę je pozmieniać, gdyż pięćdziesiątki od setek ciężko rozróżnić (szczególnie w kiepskim świetle). Dziwi też trochę fakt kostki K6, jakoś nie wydaje mi się, że aż tak bardzo podniosłaby cenę. No, ale wydawca pewnie wie lepiej - cieszmy się, że chociaż banknoty dali, bo w oryginalnej hamerykańskiej wersji ich nie było (gdyby nie było też w polskiej, to pewnie bym jej nie kupił, bo granie z kartka papieru i długopisem mija się moim zdaniem z celem).

Podsumowując - za 30 złotych (aktualna cena na rebel.pl) na pewno warto. Gdyby jednak kosztowała 50, to raczej wydałbym me pieniądze na coś innego. Trzeba zaznaczyć także, że nie jest to gra dla każdego. Jeśli nie lubisz gier z duża losowością i absurdalnym humorem - nie dotykaj tego tytułu! Jeśli jednak nader wszystko cenisz sobie miło spędzone chwile przy piwku, lekkiej grze z duża ilością śmiechu - polecam AtoMUUUówki!

wtorek, 30 stycznia 2007

Unexploded Cows w Polsce


Wydawnictwo Portal ogłosiło, że polska edycja Unexploded Cows w piątek trafiła do drukarni. Polski tytuł brzmi "AtoMUUUówki" i już można zamówić go (w przedsprzedaży) na przykład w Rebelu. Za około 35pln dostajemy 12 kart talii Miast, 69 kart talii Krów, banknoty na łączną wartość 12 000 Cow Money oraz instrukcję. Czy gra jest warta uwagi? Portal zapewnia, że tak. Na szczęście wydając w przedsprzedaży 30pln, nie ryzykujemy zbyt dużo ;)

czwartek, 25 stycznia 2007

Nowe wydawnictwo na polskim rynku

Jak informuje Gildia Gier Planszowych - na polskim rynku pojawiło się nowe wydawnictwo - Styks.
Wydawnictwo Styks stawia sobie za cel promocję i dystrybucję gier towarzyskich (planszowych i karcianych), systemów RPG oraz lansowanie młodych twórców sceny krajowej. Nasz profil nie jest jednak ściśle określony, planujemy zdobywać także inne sektory rynku wydawniczego (literatura fantastyczna i sensacja)

Na stronie można już znaleźć zapowiedzi kilku gier. Nie moja tematyka, ale warto odnotować, że rynek się rozwija. Mam jedna pewne obawy co do jakości przyszłych tytułów ... obym się sromotnie mylił - jak przeczytam instrukcje, postaram się podzielić swoimi wrażeniami.

wtorek, 16 stycznia 2007

Blue Moon City, Razzia i Meuterer

W zeszłym tygodniu dotarło do mnie kilka nowych gier, konkretnie - Blue Moon City, Razzia i Meuterer (jak to się na litość czyta?!). Jako, że okres jest wybitnie "sesyjny", dopiero teraz piszę kilka słów o wrażeniach z rozgrywki.

Blue Moon City - gra wydana naprawdę przepięknie. Wszyscy gracze (a także Ci, którzy się tylko przyglądali) bardzo dobrze ocenili oprawę wizualną. Aż przyjemnie się na to wszystko patrzy. No, ale ładna gra nie znaczy dobra. Na szczęście BMC jest także konkretnym tytułem - w końcu to Knizia. Zasady są bardzo proste. Przemieszczamy się po zniszczonym mieście i odbudowujemy je przy pomocy kart. Za odbudowę i przychylność bóstw (smoków) zostajemy odpowiednio nagrodzeni - kryształami, złotymi łuskami, czy dociągiem nowych kart. Niestety - przeciwnicy nie śpią. Oni także chcą zdobyć jak największą ilość kryształów, aby złożyć ofiary i zostać zarządcą miasta.
Gra (wbrew pozorom) wymaga zaplanowania wielu akcji na przód. Trzeba tak manipulować kartami z ręki, aby wykładać jak największe kombosy, które pozwolą nam zgarnąć jak najwięcej nagród za odbudowę. A jeśli sprawimy, że naszej odbudowie przyglądać będzie się smok - dostaniemy kolejne bonusy (w postaci wcześniej wymienianych złotych łusek).
Początkowo Blue Moon City wzbudził we mnie mieszane uczucia. Jakoś to tak wolno szło, bez emocji. Na szczęście prawdziwa zabawa rozpoczęła się jak kilka budynków zostało już odbudowanych. Coraz więcej kryształów, coraz lepsze kombosy - coraz trudniej o udziały w odbudowie. Później już tylko chwila i ... nawet nie wiesz, kiedy ktoś zakończył grę.
Osobiście polecam - co prawda grałem na razie tylko raz, ale mam wielką ochotę zagrać jeszcze raz i raz i raz ....

Blue Moon City - Avanti 12.01.07

Meuterer - trafił na stół jako drugi. Niepozorne, małe pudełko ze ślicznymi kartami. Zasady dość skomplikowane, także pierwszej ich ogarnięcie zajęło nam trochę czasu. Gdy jednak zaczęliśmy grać, wszystko powoli stawało się jasne. I co najważniejsze - dobre! Cytadeli nigdy specjalnie nie lubiłem, nudne to i tyle. Tutaj jednak wybieranie postaci to tylko pewna część gry. Trzeba także umieć wyczuć dobry moment na bunt, dobrze manipulować kartami i przewidywać ruch innych graczy. Trzeba naprawdę się nakombinować, aby samemu sprzedać towary. Gra niestety ma pewien współczynnik losowości, który czasem może drażnić. Jednak jak na grę za niecałe 30 pln (w niemczech ponoć 5 euro) - warto, szczególnie, że jest ładnie wydana, zajmuje mało miejsca i ma fajny żeglarski klimat :)

Razzia - tutaj nieco się zawiodłem. Tyle słyszałem dobrego o tej grze, tyle zachwalań a tutaj gra co najwyżej przeciętna. Jakaś taka sztywna, nie dająca zbyt wielkiego pola manewru (licytacja tylko kwotami z czeków jest bardzo ograniczona i właśnie ona niezbyt mi się spodobała). Ciężko mieć wpływ na to co się dostaje. Nie wiem - może źle graliśmy, może musimy złapać lepiej pewne zasady, aby je lepiej wykorzystywać. Za 25pln jest ok, ale jeśli kosztowałaby powyżej 50pln - nie kupiłbym jej raczej. Krzyżyka jednak, jeszcze nie stawiam - może jeszcze się przekonam do tego (ponoć tak dobrego) tytułu Knizi.

Razzia! - Avanti 12.01.07
W najbliższy piątek - wszystkie powyższe gry chcę jeszcze raz przetestować, zobaczymy czy moje opinie się zmienią :)

czwartek, 11 stycznia 2007

Nie super serwis, a blog szarego fana planszówek.

Wpis ten nie jest stricte powiązany z planszówkami, także - jeśli po za nimi, nic więcej Cię nie interesuje, możesz przestać czytać tę notkę od razu :)

Patrząc na pozostałe (aktualizowane) blogi, zauważyłem tendencję do kierunkowania bloga bardziej w stronę serwisu poświęconego grom planszowym, aniżeli internetowemu dziennikowi. Zresztą Games-Fanatic często jest właśnie tak przedstawiany. Nie podoba mi się to. Tzn. recenzje, relacje i inne teksty są naprawdę dobre. Na poziomie, pisane przez ludzi, którzy widać faktycznie znają się na temacie. Razi mnie jednak w tym wszystkim ta "serwisowość". Chciałbym też czasem przeczytać krótką notkę, ba - nawet głupią.

Ja serwisu z mnóstwem redaktorów, tworzyć nie chcę. Dlaczego? Bo jest to mój blog, moje przemyślenia, moje odczucia i moje granie. Zresztą zauważyłem, że znacznie łatwiej pisze mi się z palca. Bez szukania jakiegoś super tematu, aby zadziwić publikę. Może dlatego ostatnio powstają w końcu nowe notki. Zacząłem pisać na większym luzie, bez obawy, że od razu całe polskie community planszówkowe mnie zje. Na pewno nie są one tak dobre jak na Games Fanatic czy Boardgix, ale są. I to najbardziej mnie cieszy :)

A co by nie było zupełnie bez planszówek - wczoraj odebrałem Blue Moon City. Jutro pewnie uda się nam zagrać w Avanti, o wrażeniach postaram się napisać. Póki co, mogę powiedzieć tylko, że gra wykonana jest pięknie. Kafelki z budynkami i karty są po prostu przepiękne. Szkoda tylko, że będę musiał kupić porządne koszulki na karty ... No, ale lepiej płacić, niż by się miało zepsuć!

Dobrej nocy życzę, osobiście padam z nóg.