wtorek, 14 czerwca 2016

W imię Odyna (In the name of Odin) - recenzja

http://planszowki.blogspot.com/2016/06/w-imie-odyna-in-name-of-odin-recenzja.html
W imię Odyna to gra polskiego autora będąca wynikiem fascynacji światem wikingów. Oryginalnie wydana dzięki wsparciu na Kickstarterze odniosła sukces także w polskiej akcji. In the name of Odin skupia się nie na działaniach wojennych, a na rozbudowie własnych włości i organizacji wypraw łupieżczych, czyli aspektach bardziej logistycznych niż te znane z filmów i seriali. Wikingowie jako przystępne, rodzinne euro? Sprawdziliśmy jak to działa!
Wiek: 14+
Liczba graczy: 2-5
Czas gry: około 60 minut
Wydawca: NSKN Games
Tematyka: wikingowie, wyprawy morskie
Główna mechanika: zarządzanie ręką, zbieranie zestawów

Grę przekazało nam wydawnictwo Baldar.

Wygląd i wykonanie:

Wiktor:

W imię Odyna to druga gra NSKN Games, którą na polski rynek zdecydował się wprowadzić Baldar. Po kolorowym Simurghu przyszła pora na utrzymaną w poważniejszej stylistyce grę o wikingach. Także w tym przypadku mamy do czynienia z wydaniem "na wypasie", z wielką planszą, figurkami i całkiem pokaźną liczbą kart. O ile wykonanie In the name of Odin nie różni się zbytnio od planszówkowych standardów, to już wizualnie trochę odstaje. In plus! To spójna graficznie i świetnie wyglądająca gra! I mimo że malkontenci mogą zarzucić jej, że jest zrobiona trochę na wyrost - bo po co figurki, bo i planszę można by zmniejszyć, a i grafiki na kartach niepotrzebne - to nie zmienia to faktu, że jest to jedna z ładniejszych planszówek, z którymi miałem do czynienia.

Planszę zdobi grafika mapy kawałka średniowiecznej Europy, na której umieszczono wszystkie potrzebne do gry pola: od toru punktów, poprzez miejsca na wyprawy, bohaterów, drakkary (łodzie wikingów), budynki i karty akcji, po kamienie, na których układane są żetony i miejsce na wikingów. Mimo tej obfitości na planszy zostaje jeszcze trochę przestrzeni, na którą w trakcie partii można wykładać karty lub na której wylądują niemieszczące się na szachownicy figurki. Wszystko to wygląda bardzo fajnie i klimatycznie, a już sama plansza zachęca do rozgrywki. Wrażenie to potęgują jeszcze karty, które są ładnie zilustrowane i wyraźnie pasują do tematyki.

Najbardziej kontrowersyjnym zabiegiem w In the name of Odin jest dodanie do gry figurek. Pełnią one jedynie rolę zasobów i dla mechaniki są całkowicie zbędne. Upchnięto je tam na siłę? Nie do końca... Gdy już zagrałem w W imię Odyna, a jeszcze bardziej gdy siadłem do jego prototypu, zrozumiałem ideę stojącą za figurkami w tej planszówce. Gra jest wydana "na bogato", a te są idealnym uzupełnieniem tego produktu. Nie tylko zachęcają wizualnie i marketingowo, ale też sprawiają, że grając mam świadomość, że to faktycznie dopieszczony wizualnie, wypasiony produkt. Jasne, pod kątem mechaniki pionki czy żetony działałyby równie dobrze, jednak uważam, że pasują do gry, nawet jeśli mają tylko wywołać efekt "wow".


Kasia:

Uważam, że W imię Odyna jest grą niezwykłej urody. Emanuje dojrzałym, poważnym i nieco surowym pięknem. Największe wrażenie zrobiła na mnie plansza - wielka (choć wcale nie musiałaby być taka), ozdobiona przykuwającą wzrok mapą i kilkoma innymi elementami, wśród których na pierwszy plan wysuwają się rysunki runicznych kamieni. Sprawiają one wrażenie, jakby wychodziły ponad płaską powierzchnię.

Drugim z komponentów odpowiadających za imponujący wygląd gry są figurki, których jest całe mnóstwo, są szczegółowe i miłe dla oka. Jedyny ich mankament to wyginające się młoty czerwonych wikingów - pewnie jednak gorąca woda da sobie z nimi radę.

Dużo jest też kart - pozbawionych ramek i ozdobionych ładnymi grafikami. Najbardziej podobają mi się chyba szczegółowe średniowieczne budowle. Chętnie jednak widziałabym jakieś urozmaicenie wśród obrazków z drakkarami. Wszystkie one są identyczne, co przy wszechobecnej różnorodności tej planszówki trochę rzuca się w oczy. Nie mniej jednak uważam, że W imię Odyna należy do najładniejszych gier z jakimi się zetknęłam. Patrząc na jakość komponentów - gracze nie będą mieli powodów do narzekań.

Ocena Wiktora: 9,5/10

Ocena Kasi: 9/10


Zasady i instrukcja:

Wiktor:

Niech nie zmyli Was świetny wygląd i masa figurek - W imię Odyna to gra przystępna, prosta i... familijna. Może nie dla zupełnych świeżaków, ale już niedzielni gracze i osoby znające kilka tytułów powinny bez problemu odnaleźć się w zasadach Odyna. Te są dobrze wyjaśnione, chociaż pewien problem sprawiła nam zasada mówiąca o odrzucaniu dowódców po każdej wyprawie. Nie chodzi o to, że jest niezrozumiała, ale... nie mogłem znaleźć jej w instrukcji, którą dostałem z grą ;).

O co chodzi w wydawanej przez Baldara grze? Jak to często bywa, o zbieranie punków zwycięstwa. Można je otrzymać dzięki niektórym dowódcom, budynkom i statkom, jednak nie obejdzie się też bez samego serca gry - wypraw łupieżczych. To wokół nich kręci się życie wikingów i mimo że w czasie zabawy będziemy budować budynki, najmować dowódców, kupować łodzie i zbierać załogę (figurki!), to wszystko prowadzi właśnie do jednego - wypraw.

Mechanikę gry nakręcają karty akcji, na których widoczne są zawsze dwa symbole - ten u góry służy do wynajmowania wikingów, czyli dobierania figurek, ten na dole do wszystkiego innego o czym pisałem przed chwilą (budowy, najmowania bohaterów itd.). Aby wykonać daną akcję należy odrzucić wskazany zestaw kart (np. trzy symbole budowy czy łodzi). Gdy już na karcie gracza posiadamy przydatne budynki, jakąś łódź, dowódcę i kilka figurek możemy myśleć o wypłynięciu w morze. W tym celu wskazuje się jedną z odsłoniętych kart wypraw, odrzuca odpowiednią liczbę figurek i... czas na odrobinę interakcji. Przeciwnicy mogą zagrać po jednej karcie akcji (łącznie do trzech) symbolizującej przeszkody napotkane podczas rejsu. Gdy nie ma chętnych, to odsłania się wierzchnie karty ze stosu dobierania. Gracz wykonujący akcję wyprawy może teraz odrzucić z ręki swoje karty tak, aby dopasować dolne symbole do tych odkrytych. Każda nieanulowana karta oznacza jeden punkt z wyprawy mniej. Cała rozgrywka kończy się, gdy z planszy znikną przygotowane karty wypraw. Ich liczba zależy od liczby graczy.

Zasady gry są intuicyjne, doświadczeni gracze chwytają je w mig, początkujący też nie powinni mieć z nimi problemów. Mimo że w pudełku z grą nie ma kart pomocy z wypisanymi akcjami, to wystarczy rzut oka na planszę by wiedzieć, czego można się podjąć. Zapamiętać należy tylko jedną rzecz - akcję wymiany karty z ręki na tę dostępną na torze planszy. Tyle.

Kasia:

Pomimo niemalże epickiego wyglądu W imię Odyna ma stosunkowo łatwe zasady. Dzięki temu już od pierwszej rozgrywki można czerpać z gry pełnymi garściami. Łatwo także nauczyć nowicjuszy, także tych niezbyt ogranych.

Choć w grze nie ma kart pomocy, to nie odczułam zbyt dotkliwie ich braku. Koszt większości dostępnych akcji jest zaznaczony na planszy, dzięki czemu nie musimy nadmiernie wysilać swojej pamięci i w trakcie gry skupiamy się na planowaniu najlepszych zagrań, a nie na regułach.

Ocena Wiktora: 9/10

Ocena Kasi: 9/10 


Rozgrywka:

Wiktor:

Mimo wielkości gry - planszy, figurek, kart - i miejsca, które zajmuje na stole W imię Odyna jest dość szybką i dynamiczną planszówką. Pudełkowe 60 minut to realny czas rozegrania jednej partii, a gra jest skonstruowana tak, że bez problemu można myśleć nad własnymi ruchami w turach przeciwników. Jeśli nie siadacie do stołu z ekstremalnymi zamulaczami, to nie powinniście narzekać na czas oczekiwania na własną kolej i wszystko powinno przebiegać w miarę płynnie. To dla mnie dość istotne, bo jak wspomniałem, W imię Odyna to gra familijna, nie ciężki i czasochłonny eurosuchar.

W grze nie znajdziecie zbyt wiele interakcji, bo opisane w zasadach dorzucanie kart do wypraw przeciwników to praktycznie jedyny sposób, by pokrzyżować komuś szyki. In the name of Odin jest więc raczej optymalizacyjnym wyścigiem o to, kto szybciej i skuteczniej zbierze wikingów, kupi dobrych przywódców i zgranie więcej wysoko punktowanych kart wypraw. Wymaga to jednak pewnego pomyślunku i planowania, bo bohaterowie opuszczają naszego jarla po każdej wyprawie, a łodzie trzeba nie tylko ściągnąć do domu odpowiednimi kartami (symbole drakkarów), ale też naprawić, jeśli zależy nam na odzyskaniu straconego zasięgu (jedna rana zmniejsza zasięg łodzi o jeden). Dodajcie do tego możliwość wznoszenia budynków pozwalających na np. przechowywanie większej liczby figurek, dobieranie dodatkowych kart czy dających darmowe symbole z kart akcji itd., a okaże się, że w Odynie można trochę pogłówkować. Skuteczniejsze zarządzanie kartami na ręku oraz posiadanymi zasobami owocuje na ogół zgarnięciem większej liczby punków na koniec gry.


W planszówce wydawanej przez Baldara podoba mi się spora różnorodność, która wpływa jednocześnie na regrywalność tej pozycji. Bohaterowie różnią się zapewnianymi podczas wyprawy symbolami (każdy jest wojownikiem, żeglarzem lub kupcem, robi więc automatycznie za jedną figurkę) oraz zdolnościami. Dostępne budynki dzielą się na kilka typów, ale prawie każda karta jest inna i daje dostęp do trochę różnych zdolności czy symboli akcji. Podobnie sprawa ma się z łodziami, także karty wypraw różnią się od siebie. Tak więc o ile samo sedno rozgrywki pozostaje zawsze takie samo, to już jej przebieg będzie inny, zależnie od pojawiających się i kupowanych przez graczy kart.

Czytając opis możecie się zastanawiać, dlaczego wystawiłem Odynowi taką, a nie inną ocenę. Już tłumaczę. Przede wszystkim jest ona odzwierciedleniem tego, na ile podobała mi się gra. W imię Odyna wygląda baaaardzo dobrze, sprawnie działa też pod kątem mechaniki - obiektywnie nie mogę narzekać, bo to solidna planszówka. Subiektywnie jednak... Zabrakło mi w niej trochę emocji i ducha rywalizacji. Nie chodzi nawet o bezpośrednią interakcję, ale o sam stosunkowo spokojny przebieg rozgrywki. Zbieranie zestawów kart i figurek jest całkiem przyjemne, ale nie na tyle by wywołać u mnie wypieki na twarzy i chęć grania partii za partią.

W imię Odyna sprawdza się jednak bardzo fajnie jako gra familijna. Taka, która będzie pewnym wyzwaniem dla początkujących, ale i pozwoli na dobrą zabawę doświadczonym planszówkowiczom. Wydaje się ona być świetnym gatewayem, czyli grą wprowadzającą dla nowych w hobby osób. Taką, która nie przytłoczy, nie zanudzi, ale też nie rzuci na zbyt głęboką wodę. Jeśli więc wolicie spokojne rozgrywki lub szukacie czegoś do zabrania na spotkanie zarówno z początkującymi jak i bardziej doświadczonymi graczami, to swobodnie dodajcie 1-2 oczka do mojej oceny oraz nie przejmujcie się, że W imię Odyna nie do końca trafiło w moje serce.


Kasia:

W trakcie gry nasza uwaga skupia się przede wszystkim na kartach, które mamy na ręce i tworzeniu z nich najbardziej korzystnych zestawów umożliwiających wykonanie pożądanych przez nas akcji. Przeciwnikami interesujemy się głównie wtedy, kiedy wypływają na wyprawę i możemy rzucić im pod nogi jakąś kłodę. Interakcja jest tu więc minimalna. Mamy za to trochę losowości, głównie zapewnionej przez dobór kart. Świetnie jednak współgra ona z ogólnie lekkim typem rozgrywki. Dodatkowo możemy ją odrobinę niwelować, dzięki opcji wymiany jednej karty w turze.

Podoba mi się, że na każdym z kartoników mamy dwa różne symbole, co zmusza nas do podejmowania decyzji który z nich zdecydujemy się wykorzystać. Więcej jest więc stojących przed nami opcji, choć nie ma obawy, że przegrzeją nam się obwody. Gra jest w stanie sporo nam wybaczyć i nie od każdej decyzji zależy nasz byt na torze punktowym.

Ważne jest, że (o ile oczywiście nie natrafimy na wytrawnych myślicieli) gra przebiega bardzo płynnie, nie dłuży się, a jednocześnie daje sporą satysfakcję z rozgrywki. Ponadto różnorodność kart bohaterów czy wypraw gwarantuje regrywalność na przyzwoitym poziomie.

Chętnie będę do Odyna jeszcze wracać, głównie, aby móc szybko wprowadzić nowych graczy w ciekawą, acz lekką i przystępną grę. W doświadczonym gronie pewnie będzie się on pojawiać nieco rzadziej, z tego samego powodu, tzn. dlatego, że jest grą na tyle łatwą, że robi wrażenie odrobinę zbyt mało wymagającej i niestety nie dość rywalizacyjnej.

Ocena Wiktora: 6,5/10

Ocena Kasi: 7/10


Gra we dwoje:

Wiktor:

In the name of Odin nieźle się skaluje, jednak ciut lepiej wypada w większym gronie. Wraz z liczbą graczy wzrasta trochę rywalizacja o lepsze łodzie, korzystniejszych bohaterów, no i wyścig po zapewniające najwięcej sławy wyprawy jest bardziej emocjonujący. Nie znaczy to jednak, że we dwoje jest źle - wszystkie zasady pozostają takie same, zmienia się jedynie liczba wypraw, które biorą udział w grze, więc cały czas mamy do czynienia z tym samym W imię Odyna, co grając w trójkę, czwórkę czy piątkę.

Lepsza opinia o zabawie wieloosobowej wynika po prostu z typu gry, jak było to w przypadku np. Simurgha, w którym większy ruch na planszy pozytywnie odbija się na wrażeniach z rozgrywki. Jeśli więc lubicie spokojne gry, a moje narzekania pod koniec opisu rozgrywki Was nie zniechęciły (albo nawet Was zachęciły) i szukacie czegoś do gry dla 2-5 osób, to myślę, że Odyn będzie dobrym wyborem.

Kasia:

Jak dla mnie W imię Odyna we dwójkę jak najbardziej daje radę, choć muszę też przyznać, że większą frajdę sprawia mi w liczniejszym gronie. Kiedy graliśmy sami, było dla mnie ciut za spokojnie. Siłą rzeczy konkurencja o drakkary, wikingów, wyprawy i budynki jest w takim układzie mniejsza. W większej grupie łatwiej jest też np. przeszkodzić graczowi, który wypływa na wyprawę, ponieważ można zebrać kilka identycznych symboli, a na to przeciwnik zwykle nie jest przygotowany. We dwoje pojawiające się karty z symbolami są częściowo dobierane losowo z zakrytego stosu, więc zwykle są różne i dzięki temu łatwiej jest się przed nimi obronić. Poza tym jednak nie widzę dużych różnic między grą dwu- i wieloosobową.

Ocena Wiktora: 6/10

Ocena Kasi: 6,5/10  


Klimat i tematyka:

Wiktor:

W In the name of Odin główną klimatyczno-tematyczną robotę wykonuje wygląd gry. Posępni wikingowie spoglądający z kart, świetna plansza przedstawiająca mapę kawałka Europy, figurki i generalnie świetna oprawa graficzna. Na tyle poważna, by nie przekształcać wikingów w żart, ale też na tyle kolorowa, by nie sprawiać przygnębiającego, mrocznego wrażenia.

W mechanice również można doszukać się powiązania z tematem, na przykład w postaci dołączających do nas tylko na jedną wyprawę znanych bohaterów czy konieczności naprawy łodzi lub też dalekich wypraw dających większą sławę, ale i bardziej wymagających. To jednak wciąż euro, z fajnym tematem, ładnym wyglądem, ale bez większej głębi fabularnej. Nie ma więc tematycznych opisów na kartach, nie ma rozbudowanych (ani żadnych ;)) wstawek fabularnych. Ot, taki klimatyczny średniak, w którym jednak postarano się trochę oddać temat wypraw.

Kasia:

Choć tematyka W imię Odyna jest ciekawa, to jednak stanowi ona w dużej mierze jedynie miłą otoczkę. Nawet piękny, pasujący do niej wygląd nie jest w stanie zbudować prawdziwie wikińskiej atmosfery podczas rozgrywek. Najbardziej klimatyczne elementy mechaniki to chyba wypłynięcie na wyprawę oraz ewentualnie rozbudowywanie wioski. Tak na prawdę jest to jednak leciutkie euro, więc nie spodziewajcie się lejącej się krwi i bojowych okrzyków znad planszy. Od razu mówię, że pomimo obecności niektórych postaci znanych z serialu "Wikingowie", nie odnajdziecie tu całej tej brutalności i gęstej, pełnej napięcia atmosfery.

Ocena Wiktora: 5,5/10

Ocena Kasi: 4,5/10 


Podsumowanie:

Wiktor:

W imię Odyna jest nieskomplikowaną, bardzo ładną i przystępną grą familijną, w której jednak odnajdą się też doświadczeni gracze. Moim jedynym zarzutem wobec niej jest brak uczucia rywalizacji i tym samym trochę emocji, jednak to subiektywna opinia gracza, który woli trochę innego typu planszówki. Mechanicznie wszystko się "klei" i działa tak, jak powinno zmuszając graczy do pewnego wysiłku umysłowego, jednak nie paraliżując i nie przytłaczając liczbą zasad czy samą złożonością rozgrywki.

Kasia:

Pomimo swojej dość poważnej oprawy, jest to gra na tyle lekka, że może z powodzeniem służyć jako wprowadzenie do planszówek (w zwłaszcza do gier typu euro). Żaden początkujący nie powinien się nią zniechęcić, ponieważ jest to gra pokojowa, o prostych zasadach i płynnej rozgrywce. Wikińska tematyka może nawet zadziałać na potencjalnych współgraczy jak magnes. A po zajrzeniu do pudełka nie można nie dać tej planszówce szansy.


Ocena:

Wiktor:

W imię Odyna będzie idealną grą dla osób początkujących w świecie planszówek lub też często siadających z takimi do stołu. Szczególnie tych stroniących od przemocy i bezpośredniej negatywnej interakcji. Przez to trochę brakowało mi w niej emocji, jednak zrzucam to na karb typu gry - innym współgraczom to nie przeszkadzało, a i zachwytów nad Odynem nie brakowało. Przystępne zasady, świetna strona wizualna, prosta ale nie prostacka rozgrywka to jej główne atuty. To po prostu dobry gateway!

Ciągle kołacze mi też gdzieś myśl, że może to być dobry sposób na wciągnięcie w planszówki nastolatków, czy nawet dorosłych, niegrających facetów. O ile często spotykam planszówki, które zachwycają płeć piękną, to tym razem ta brzydsza powinna czuć się usatysfakcjonowana.

Kasia:

Wizualnie W imię Odyna zrobiło na mnie bardzo duże wrażenia. I choć spodziewałam się planszówki bardziej osadzonej w klimacie wikingów, to jednak nie mogę zaprzeczyć, że mechanicznie jest ona przekonująca. Uważam, że miłośnicy gier wagi lekkiej, nie przepadający za rywalizacją, powinni być nią więcej niż zadowoleni.

  • Dla kogo?
Dla: miłośników wikingów (w wersji pokojowej); początkujących i średnio zaawansowanych; rodzin; osób nieprzepadających za przemocą i negatywną interakcją; fanów lżejszego euro; miłośników figurek


Plusy:

  • piękny, dopracowany wygląd
  • dobra jako wprowadzenie do gier euro lub ogólnie planszówek
  • proste zasady
  • rozgrywka nie przytłacza, ale i nie jest banalna
  • zachęcająca tematyka

Minusy:

  • dla zaawansowanych eurowców może być trochę zbyt łatwa
  • niewiele rywalizacji i mała interakcja





Grę przekazało nam wydawnictwo Baldar. Dziękujemy!
 
http://wydawnictwo.baldar.pl/

1 komentarz: